Stowarzyszenie na Rzecz Wspierania Kobiet "Dbamy o Mamy"

wtorek, 1 lutego 2022

(185) Ciało "tak", ruch "nie"



Od jakiegoś czasu obserwuję dziwne zjawisko.

Chodzi o mówienie o ciele, kontakcie z ciałem, świadomości ciała w oderwaniu od aktywności fizycznej, a czasem nawet z deprecjonowaniem ruchu…

Przykłady?

Położna mówi, że w czasie porodu ważny jest kontakt z ciałem. Aktywność fizyczna wcale nie. Ma pacjentki, które ćwiczyły i nie miało to przełożenia na poród.

Fizjoterapeutka (!) w długim wywiadzie opowiada o ciele. Że dno miednicy, że głaskać, akceptować, przytulać, smarować (bardzo dużo o tym smarowaniu). Aktywność fizyczna? Krótkie zdanie: czasem można pospacerować.

Zagraniczna autorka książki o hipnozie porodowej, już na pierwszych stronach krytykuje kobiety, które ćwiczą jogę i myślą, że im to pomoże w czasie porodu. To nieprawda, najistotniejszy jest jej kurs hipnoporodowy.

Organizacja doul radzi jak poprawić krążenie w czasie upałów. Leżeć w cieniu, nosić luźne ubrania, pić, itd., itp. Ani słowa o ruchu.

Mogę tak długo. W każdym razie istnieje niestety narracja, że „ciało tak”, „ruch nie”.

 

Z mojego punktu widzenia, czyli osoby, która prawie od 18 lat pracuje z ciężarnymi aktywnymi fizycznie, świetny kontakt ze swoim ciałem przy jednoczesnym unikaniu ruchu jest niemożliwy.

Przede wszystkim nasze ciało jest stworzone do ruchu, pragnie ruchu. Każda najmniejsza komórka i tkanka działa lepiej jeśli jesteśmy w ruchu. Ruch ma pozytywny wpływ na każdy układ naszego ciała od trawienia po mózg. Mówienie więc, że można osiągnąć super kontakt z ciałem, ignorując aktywność fizyczną to tak jakby powiedzieć, np.:

„Mam świetną relację z Zuzą. Widziałyśmy się pięć lat temu, a trzy lata temu wysłałam jej sms na święta” albo „Ogromnie kocham swoje dziecko. Poświęcam mu 15 minut dziennie, ale wtedy proszę, żeby nic nie mówiło, bo mnie męczy”.

Jeśli mam świetny kontakt z ciałem, to słyszę, że ono mnie błaga o ruch. I staram się na tę potrzebę reagować. Jeśli tej potrzeby nie słyszę, to znaczy, że jednak ten kontakt jest zaburzony, a nie że potrzeby nie ma.

Po drugie, aktywność fizyczna przybliża nas do ciała na milion sposobów. Np. tak że na pilatesie mogę poczuć, gdzie mam guzy kulszowe albo dno miednicy. Mogę się przekonać, że np. bieganie lubię, a siłowni nie, choć zawsze MYŚLAŁAM, że jest odwrotnie. Mogę POCZUĆ, że stretching mnie relaksuje. Uczę się, że w danym ćwiczeniu dla mnie lepiej, jeśli bardziej rozsunę stopy, itd. Znów można długo wymieniać, ale nie chodzi o konkretne przykłady, ale o myśl: ciała uczysz się  ruchu, nie na kanapie.

Sama sobie o tym bardzo wyraźnie przypomniałam, kiedy po długiej przerwie przeprosiłam się z jogą i POCZUŁAM, że mam osłabione nadgarstki. Nigdy nie wykoncypowała bym tego intelektualnie, oglądając serial z kanapy. Wiedza ta nie spłynęłaby z mojego serca. Do unoszenia kubka z herbatą nie trzeba takiej siły, żeby nadgarstki reagowały, więc gdybym nie wróciła na jogę, to jeszcze bardzo długo rozwijałby się problem, o którym bym nie wiedziała.

Przez kilka lat prowadziłam zajęcia w szkole rodzenia. Jeszcze mi się ani razu nie zdarzyło, żeby ciężarna bez doświadczenia ruchowego weszła w pozycje porodowe jak w dym. Żeby spłynęło na nią oświecenie i połączyła się swoim ciałem. Nie, dziewczyny niećwiczące są na ogół lekko wystraszone, ostrożne, „sztywne”, tracą oddech po trzecim powtórzeniu albo nie rozumieją co mają zrobić (jasne, tu winę można zrzucić na mnie, ale raczej chodzi o to, że w 38 tygodniu ciąży zaczynają od poziomu zero i nie mają się do czego odnieść). Pozwolę więc sobie nie uwierzyć, że za to na porodówce doznają nagłego połączenia z ciałem w „chłodnym” szpitalnym środowisku, stresie, w bólu, może w nocy.

I jeszcze jedna rzecz. Doświadczenia bardziej „duchowe” jak relaks czy oddech też mają swój początek w ciele. Jeśli np. wypielęgnowałam złą postawę, słabe mięśnie, sztywną klatkę piersiową, ból pleców, niesprawne dno miednicy, to wszystko wpłynie niekorzystnie na mój oddech. I tych wszystkich zaszłości nie da się magicznie, dzięki sile serca, odkręcić na porodówce. Nawet jeśli trafię na najwspanialszą położną, a do tego zaleje mnie nieziemska fala miłości do rodzącego się dziecka, to i tak nie będę oddychać na 100%, tylko na tyle na ile sztywna klatka piersiowa i zła postawa pozwolą. Kwestia „mechaniki”. Od dawna nieużywany samochód nie pojedzie jak żyleta, tylko dlatego, że kierowca bardzo tego pragnie.

To samo dotyczy umiejętności rozluźnienia. Jasne, że można mieć ku temu mniejsze lub większe predyspozycje, niekoniecznie skorelowane dodatnio z aktywnością fizyczną, ale nawet przy ponadprzeciętnym potencjale do relaksacji trudno nam będzie pokonać czysto fizyczne napięcia w ciele (a takie napięcia gromadzą już pięciolatki, jeśli się nie ruszają). Coś co się rozbija kilkoma miesiącami stretchingu i/lub wieloma bolesnymi sesjami u fizjoterapeuty nie usuniemy samą siłą woli na komendę „zrelaksuj się!”.

No i znów, nie wyobrażam sobie w przypadku napięć i sztywności w ciele takiej konstrukcji: „Nie ruszam się, ale mam doskonałą świadomość ciała”. Jeśli w takiej sytuacji nie CZUJEMY nieuniknionych napięć, to chyba jednak nie mamy doskonałej świadomości ciała. A jeśli czujemy napięcia, ale nie zamierzamy się ruszać, żeby je zmniejszyć, to też chyba raczej nie świadczy o wspaniałym kontakcie z ciałem… 

Oczywiście można trenować bardzo dużo i mieć mizerną świadomość ciała, trening może się stać katowaniem, zagłuszaniem ciała, ale to zupełnie inna historia...


niedziela, 26 grudnia 2021

(184) Szczepmy się!

Dociera do mnie coraz więcej tragicznych wieści o ciężarnych i koronawirusie. Niedawno w Poznaniu zmarła ciężarna 38-latka (to z mediów). Na OIOM leży kolejna trzydziestolatka, tym razem znana mi z imienia i nazwiska. Jej dziecko jest na innym OIOM. Ciąża przymusowo zakończona w 34 tygodniu przez koronawirusa. Zaprzyjaźnione dziecko było w grudniu w dwóch poznańskich szpitalach dziecięcych, wiem więc z pierwszej ręki, że są tam zakażone matki z zakażonymi noworodkami...

Jestem przerażona, jest mi smutno, ale też czuję bezsilność i nie rozumiem... Nie rozumiem jak można się nie szczepić, a już szczególnie jak można się nie szczepić w ciąży, kiedy odpowiadamy też za nowe życie. Nie rozumiem jako ja (tak wiem, to nikogo nie interesuje), nie rozumiem jako promotorka zdrowia, nie rozumiem jako osoba od lat pracująca z ciężarnymi.
Wiele lat temu poroniłam po przejściu krótkiej infekcji. Dwa dni podwyższonej temperatury, ból gardła i zatok. Po pięciu dniach byłam już całkiem zdrowa, ale nie w ciąży... To była jakaś niepozorna infekcja, której nie byłam w stanie ani przewidzieć, ani tym bardziej zapobiec. Zakażenie koronawirusem nie tylko możemy przewidzieć, ale możemy mu też zapobiec, szczepiąc się. Tym bardziej, że jest on jakieś 100 razy bardziej niebezpieczny i podstępny niż "moja" infekcja.
Załóżmy, że mamy szklane kule, w których widzimy, że akurat my nie poronimy, ani nie trafimy na OIOM (dość niemądre założenie, ale zróbmy to dla dalszej części wywodu). Załóżmy więc, że wiemy, że przejdziemy koronawirusa jak grypę. Tydzień, dwa kaszlu, wysoka gorączka, trochę duszności, osłabienie. Super... Tylko po co sobie utrudniać życie?
- kaszel w ciąży to jest bardzo kiepski pomysł. Bardzo często mamy słabe dna miednicy, do tego ciąża je obciąża (niezamierzony rym). Jeśli dodamy do tego kaszel, to może się skończyć regularnym popuszczaniem moczu,
- w ciąży nie należy "się podgrzewać", za dużo się opalać, korzystać z sauny, itd. "Gotowanie" dziecka przez tydzień podwyższoną temperaturą też nie jest zdaje się dobrym pomysłem,
- większości kobiet pod koniec ciąży bardzo kiepsko oddycha, to fizjologiczne (wielki brzuch uciska przeponę), ale uciążliwe. Miałabym do tego dołożyć sobie duszności? Nie, dziękuję.
- poród i połóg są wystarczającymi wyzwaniami same w sobie. Nie chciałabym dokładać sobie infekcji koronawirusem w tym okresie. (Przypomina mi się Asia, która martwiła się tuż przed porodem zatkanym nosem. Mówiła: "trzymaj kciuki, żeby poród zaczął się trochę po terminie, żebym zdążyła wyzdrowieć. Po dwóch porodach, wiem, że drożny nos jest ważny w tej sytuacji". To był tylko katar. Tym bardziej nie chciałabym rodzić z gorączką, kaszlem, osłabieniem,
- pomysł, żeby spędzić część połogu w szpitalu z zakażonym niemowlakiem, też jakoś mnie nie przekonuje,
- bardzo źle bym się czuła ze świadomością, że nie szczepiąc się, narażam też inne ciężarne i młode mamy, spotykane na badaniach, w szkole rodzenia, w szpitalu,
- ciąża, poród, połóg, to dla wielu kobiet (większości?) bardzo stresujący i pełen skrajnych emocji okres. Nie chciałbym dokładać do niego stresów związanych z koronawirusem ("żeby tylko się nie zarazić!", "czy się zaraziłam?", "czy wydaje mi się czy oddycham gorzej niż wczoraj?", "czy to nie wpłynie na rozwój mojego dziecka?", "czy to opóźnienie w nauce chodzenia/alergia/ciągłe infekcje to efekt koronawirusa?" Cały czas bym coś takiego wymyślała)...
I jeszcze na koniec "ciekawostka" z naszej ćwiczeniowej działki: 1) ciąża zwiększa ryzyko zakrzepów, 2) przejście koronawirusa zwiększa ryzyko zakrzepów, 3) brak aktywności zwiększa ryzyko zakrzepów (a w ciąży ćwiczy regularnie jakiś 1% ciężarnych...). Nie mam więc zielonego pojęcia skąd optymizm niezaszczepionych niećwiczących ciężarnych co do łagodnego przejścia koronawirusa.

(183) Jeszcze o porodowych pozycjach wertykalnych



Zapraszamy na portal supermama.life, gdzie gościnnie (po raz kolejny) piszemy o porodowych pozycjach wertykalnych. Jak zwykle chcemy przekazać myśl, że pozycji porodowych nie da się nauczyć w czasie jednej pogadanki w szkole rodzenia. To nie jest kwestia odwzorowania pozycji z obrazka. One muszą płynąć z naszego ciała, a żeby tak było musimy być aktywne fizycznie całą ciążę. Miłej lektury!

czwartek, 12 sierpnia 2021

(182) "Poród zaczyna się w głowie" - książka douli Agnieszki Pluty-Szkudlarek



Miałam przyjemność zapoznać się z książką Agnieszki Pluty-Szkaradek pt. „Poród zaczyna się w głowie” i Was też chciałabym do tego zachęcić.

Autorka oferuje bezpłatny rozdział przed nabyciem książki, więc nie kupujesz kota w worku :-)

https://ksiazkaoporodzie.co.uk/

Agnieszka jest doulą, wyszkoloną w Polsce i Wielkiej Brytanii, gdzie prowadzi Polską Szkołę Rodzenia.

Zacznę od tego, że zawsze ogromnie się cieszę, kiedy powstaje kolejna książka o ciąży i porodzie od niemedycznej strony, a jeśli pisze ją kobieta – cieszę się podwójnie. W końcu to nasze unikalne doświadczenie. Myślę, że takie książki będą zmieniać konsekwentnie nasze widzenie ciąży i porodu z wydarzenia stricte medycznego, które wydaje się poza naszą kontrolą (coś jak usunięcie zęba - kompetentny doktor zrobi to przecież za nas) na doświadczenie zdrowotne, ale też społeczne, duchowe. Doświadczenie wzmacniające naszą kobiecość, ale również takie które jak najbardziej wymaga naszego udziału, zaangażowania, umiejętności i mocy.

Pierwszym wrażeniem po wstępnym przejrzeniu książki była dla mnie dobra energia z niej emanująca. Agnieszka pisze, że fascynują ją kobiety i wierzy w ich moc rodzenia, i to naprawdę się czuje od pierwszych do ostatnich stron.

Ta książka nie jest poradnikiem. Zresztą Agnieszka sama to podkreśla na początkowych stronach. Pisze: „Ta książka nie jest poradnikiem. Nie musisz niczego robić, tak jak tu opisałam. Jest to propozycja spojrzenia w głąb siebie (…)”.  

Z drugiej strony, to nie jest tak, że nie znajdziesz książce żadnych „technicznych”  wskazówek i informacji. Takie informacje jak najbardziej są, np. o hormonach, oddychaniu, dbaniu o siebie w czasie połogu. Jednak to nie jest encyklopedyczna baza wiedzy ciążowo-porodowej, raczej opowieść, doulowanie na papierze. Doulowania skierowanego głównie do przyszłych mam, ale też do przyszłych ojców i starszego rodzeństwa. W całej książce czuje się wiarę autorki w kobiecą moc i umiejętność rodzenia.

Agnieszka dzieli się swoimi osobistymi doświadczeniami macierzyńskimi i życiową drogą do miejsca, w którym jest obecnie. Moim zdaniem to dodatkowy atut książki. Może ktoś się nie zgodzi, mówiąc „okulista nie musi nosić okularów, żeby dobrze leczyć”. Niby prawda, z drugiej strony,  jak sam nosi, to rozumie jak to jest jak okulary się zaparują, itd. W każdym razie ja sobie wyznania autorki bardzo cenię, one budują intymność i wiarygodność tej książki. 

Jeśli myślisz o porodzie domowym, to na pewno zachęci Cię droga autorki do takiego porodu i jej końcowe wyznanie: „Poród w domu wydobył ze mnie siłę, odwagę, dzielność i moc, która była gdzieś ukryta”. 

Podoba mi się również grafika. Kojąca, miękka, kobieca, moim skromnym dyletanckim zdaniem bardzo pasująca do treści. W książce znajdziesz trochę zadań do wykonania, a raczej tematów do przemyślenia oraz miejsce na swoje notatki. 

Uważam, że tę książkę przyszłe mamy powinny przeczytać jako lekturę obowiązkową :-). Tym bardziej w obecnych czasach, kiedy nie wszystkie szkoły rodzenia i inne zajęcia dla ciężarnych działają.

https://ksiazkaoporodzie.co.uk/

poniedziałek, 21 czerwca 2021

(181) Komentarz do "afery oleśnickiej"


Pamiętacie „aferę oleśnicką”, która wybuchła w lipcu w Internecie? W skrócie: chodziło o to, że ginekolożka ze szpitala w Oleśnicy apelowała do ciężarnych, żeby nie tyły, „zamknęły

lodówkę”, ułatwiły pracę lekarzom, itd.

Długo się wstrzymywałam z komentowaniem tej afery, bo wiem, że to co napiszę jest niewiarygodne, ale pewna sytuacja stała się ostatnią kroplą, przepełniającą czarę goryczy i doszłam do wniosku, że mam obowiązek napisać ten post.

Otóż moim zdaniem ginekolodzy nie mają moralnego prawa komentować otyłości pacjentek (ani żadnych innych zdrowotnych postaw i zachowań, typu sprawność fizyczna, opanowanie na porodówce, itd.), dlatego że ginekolodzy są największymi przeciwnikami zdrowego stylu życia w ciąży.

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to niedorzecznie.

Niestety nie wyssałam tej teorii z palca.

Podsumowuję tylko to, co usłyszałam przez 17 lat od setek klientek.

Brałam pod uwagę (przyznaję się, przepraszam...) to, że nasze klientki kłamią, że lekarze nie mogą wygadywać takich rzeczy. Jednak tylko do pewnego momentu. Kiedy po raz setny słyszałam tę samą narrację od różnych kobiet, chodzących do różnych lekarzy, na przestrzeni wielu lat, to przestałam wierzyć w jakąś masową konfabulację czy zbiorową hipnozę.  

W zasadzie nawet trudno mówić o „podsumowaniu” doświadczeń kobiet, chodzi raczej tylko o powtórzenie, bo narracja jest wyjątkowo spójna.

Kobiety w ciąży mówią, że ich ginekolodzy nie wspominają sami z siebie o żadnym aspekcie zdrowego stylu życia, a zapytani:

- odradzają aktywność fizyczną w ciąży (ciężarna nie powinna chodzić na ćwiczenia CIĄŻOWE, „proszę unikać nawet ćwiczeń oddechowych”),

- odradzają edukację w szkołach rodzenia, czy jakiekolwiek przygotowanie do porodu („lepiej rodzą kobiety, które się nie przygotowują” ),

- odradzają fizjoterapię w ciąży („to niebezpieczne w ciąży, a poza tym co wie taki fizjoterapeuta?”),

- kiedy pacjentka informuje, że wybiera się do dietetyczki, psychologa, albo że na ból pleców i tkliwy biust pomogło trochę ćwiczeń, itd. to milczą, rozbawieni prychają lub z pobłażaniem (politowaniem?) wyrażają zgodę (choć nikt ich o nią nie prosi).

Pamiętajcie, że mówią to kobiety, które tych wypowiedzi nie wzięły do siebie, i zdecydowały się ćwiczyć, zdobywać wiedzę, czy szukać wsparcia. Co muszą słyszeć kobiety, które nigdy do nas nie trafiły?

I teraz uwaga – najdziwniejsze, najbardziej nieracjonalne zachowanie: ginekolodzy podważają kompetencje wszystkich innych specjalistów od zdrowia (położnych, fizjoterapeutów, dietetyczek, itd.), chociaż nigdy nie widzieli nas na oczy. Po prostu z góry zakładają, że jak ktoś nie jest ginekologiem to jest niekompetentny (ciekawe czy myślą też tak w odniesieniu do hydraulików, księgowych, policjantów? Czy trzeba zrobić specjalizację z ginekologii, żeby być policjantem?).

Pacjentki zresztą też nie powinny zajmować się swoim własnym ciałem, bo nie są ginekologami (któż nie słyszał ironicznego, zamykającego usta „jest pani lekarzem?”).

Czyli podsumujmy: lekarze najpierw mówią pacjentkom, że aktywność fizyczna jest niebezpieczna, dietetyczka to niekompetentna idiotka, a w ogóle to lepiej nie zajmować się swoim własnym ciałem jak się nie skończyło medycyny, a potem się dziwią że pacjentki są otyłe.

A jakie mają być?

Naprawdę trzeba być bardzo wyedukowanym, silnym, sprawczym, żeby robić swoje i nie ulegać takim komunikatom wygłaszanym przez autorytety.  




 

poniedziałek, 7 czerwca 2021

(180) Aktywność fizyczna metodą na (wszelki) nadmiar.

Na pewnym forum przeczytałam post jednej z mam o przytłoczeniu nadmiarem informacji, kursów, konsultacji, książek dla młodych mam oraz o tym, że te wszystkie źródła na dodatek dają czasem sprzeczne rady. 

Pomyślałam sobie wtedy, że mam na to receptę - aktywność fizyczną w ciąży, po ciąży i zawsze. 

Tak, wiem, że teraz część z Was robi "bleee" i dryfuje np. w stronę jakiegoś sklepu Z - Bardzo - Potrzebnymi - Rzeczami. 

Trudno. To jest moja filozofia, nie musisz jej kupować, ale jednak zachęcam.

Moim zdaniem aktywność fizyczna, czy szerzej, zaproszenie ruchu do naszego życia ratuje nas od nadmiaru (kursów, działań, przedmiotów, itd.) przynajmniej na trzy sposoby:

1) jeśli podejmuję regularną aktywność fizyczną, to pewne sprawy zwyczajnie mnie nie dotyczą, a co za tym idzie - nie obchodzą.

Od gadżetów pomagających zmniejszać taki czy inny dyskomfort w ciąży po różnego rodzaju terapie (dno miednicy, rozstęp mięśni brzucha, powrót do figury, itd.). Tu chodzi również o terapię niemowlaków, bo nasza aktywności czy raczej jej brak może wpływać na różne aspekty ich rozwoju od masy ciała do integracji sensorycznej. Jasne, że możemy, a nawet powinnyśmy, korzystać z dobrodziejstw różnych warsztatów czy konsultacji, ale z zupełnie innego poziomu - z ciekawości, dla relaksu, a nie "z musu", a wtedy łatwiej nie dać się przytłoczyć.

* nie jestem kosmitką, nie twierdzę, że aktywność fizyczna jest lekiem na całe zło. I czasem trzeba i tak coś naprawić mimo wzorcowego stylu życia. Jednak piszę tu o pewnej prawidłowości, a nie każdej kobiecie i każdej sytuacji.  

2) każdy z nas ma określoną ilość czasu, i jeśli ten czas przeznaczymy na taki czy inny ruch, to automatycznie nie przeznaczymy go na coś innego. Jeśli więc np. dwa razy w tygodniu po półtorej godziny ćwiczę jogę, to automatycznie nie mogę dwa razy w tygodniu przez półtorej godziny np. przewijać FB w poszukiwaniu kolejnych rad, kursów, produktów, zaleceń. Eliminuję niepotrzebne bodźce, nie nakręcam się, zmniejszam przytłoczenie.

3) aktywność fizyczna buduje wewnętrzną pewność siebie. Podkreślam: wewnętrzną. Nie chodzi o to, że najgłośniej będziesz wypowiadać się na jakimś zebraniu. Będziesz po prostu wiedziała, o przepraszam, będziesz CZUŁA co jest dla Ciebie dobre, a co nie. Oczywiście taki efekt można osiągnąć też na inne sposoby, np. przez medytację, kontakt z naturą, itd. Jednak tutaj mówimy o aktywności fizycznej, więc pozostanę przy niej (poza tym warto łączyć różne elementy, np. aktywność fizyczną z medytacją i kontaktem z naturą :-)

To trudne do wytłumaczenia, bo nie da się takiego działania wymierzyć. Nie można powiedzieć, np. "Ćwicz przez dwa tygodnie po 10 minut, a twoja wewnętrzna pewność siebie wzrośnie o 3,5%, a nadmiar możliwości będzie cię stresował o poziom mniej". Wiem, ze to rozczarowujące, tym bardziej, że coraz częściej obserwuję zapotrzebowanie na bardzo konkretne rozwiązania (Cenimy rady typu "8 kocich grzbietów dokładnie o 9.07. Tylko w pani przypadku, bo koleżance zalecę 10 kocich grzbietów o 8.52"). 

Tymczasem nie da się przełożyć czucia na mówienie, a tym bardziej na ustandaryzowane wytyczne. Trzeba po prostu ruszać się, nie rozkminiać. Jeśli zaprosisz ruch na stałe do swojego życia, to po pewnym czasie zauważysz, że twoje ciało cię prowadzi i daje dużo pewności. Nie chodzi o to, że wyeliminujesz wszystko ze swojego życia oprócz aktywności. Nie wyeliminujesz, nie powinnaś,  ale to ty będziesz wybierać. Nie będzie kierować tobą technicznie najlepsza kampania na FB, moda, owczy pęd, apodyktyczna znajoma, podświadoma niepewność i napięcie lub jeszcze coś innego. 

Pomyślisz sobie: jestem kim jestem, potrzebuję czego potrzebuję i ani grama więcej. I tego ci życzę!

czwartek, 3 czerwca 2021

(179) Bezpłatne ćwiczenia dna miednicy.


Przypominamy, że członkini naszego Stowarzyszenia, fizjoterapeutka i doula, Agnieszka Sobkowiak od 1 czerwca zaprasza na bezpłatne ćwiczenia dna miednicy. Zajęcia odbywają się w czwartki o 8.30 i 9.30 w Domu Kultury Orle Gniazdo na Osiedlu Lecha 43 w Poznaniu. Zapisy: SMS 724512293 lub mail sobkowiak.fizjo@gmail.com Projekt realizowany przez Fundację na rzecz Akademii Wychowania Fizycznego im. Eugeniusza Piaseckiego w Poznaniu, finansowany ze środków Wydziału Sportu Urzędu Miasta Poznania w ramach Poznańskiego Budżetu Obywatelskiego. #poznanwspiera #rataje #chartowo #zegrze #poznan
A tutaj merytoryczna zachęta do ćwiczeń od Alina Kuemmel z Bezpłatna Szkoła Rodzenia Femina Tekst pochodzi z naszej książeczki "Zdrowa, sprawna, świadoma. Poradnik przyszłej mamy". Alina Kuemmel: W ciągu ponad 30 lat mojej pracy jako położnej wielokrotnie widziałam kobiety zmagające się z problemem obniżenia lub wypadania narządu rodnego. Problem ten jest w sposób drastyczny widoczny u starszych kobiet latami niezgłaszających się do ginekologa, u których widać wpukloną w pochwę macicę wystającą w kroczu. Często taki narząd jest pokryty krwawiącymi otarciami, niekiedy w stanie zapalnym. Kobiety te oczywiście mają nasilone nietrzymanie moczu, a często i stolca. Są skrępowane swoim wyglądem i dolegliwościami. Ratunkiem jest operacja ginekologiczna po zakwalifikowaniu przez lekarza. Doraźnie minimalizuje się dolegliwości wpychanie narządu na „swoje miejsce” i zabezpieczanie przed ponownym jego wypadaniem poprzez zakładanie do pochwy specjalnych tamponów lub urządzeń w tym celu wymyślonych (np. krążki naszyjkowe). Ale mało kto wie, że w łagodniejszym stopniu obniżenie ścian pochwy dotyka wiele młodych kobiet. Najczęściej widzę to w pierwszych dniach po porodzie, kiedy ściągam szwy z krocza. Jeśli odpowiednio szybko taka pacjentka nie zacznie ćwiczyć mięśni dna miednicy, to czeka ją dyskomfort podczas współżycia seksualnego i nasilające się z biegiem lat nietrzymanie moczu. Gorąco więc zachęcam kobiety w każdym wieku do zadbania nie tylko o ładną figurę, płaski brzuch, ale przede wszystkim o mięśnie, których otoczenie nie widzi, a od których zależy tak bardzo nasze samopoczucie.