Stowarzyszenie na Rzecz Wspierania Kobiet "Dbamy o Mamy"

czwartek, 4 marca 2021

(175) Czarny PR aktywności fizycznej w ciąży


Cały czas próbuję rozkminić dlaczego coś tak jednoznacznie pozytywnego jak aktywność fizyczna w ciąży ma tak czarny PR i cieszy się minimalnym zainteresowaniem. Wydaje mi się, że boimy się takiej aktywności i/lub nie jesteśmy zainteresowani tematem, ponieważ mamy w głowach pewne stereotypy, obrazy, które nie pozwalają nam pójść przejść dalej do racjonalnych argumentów, logiki, wyników badań naukowych. 

1. Na hasło "aktywność fizyczna" wyobrażamy sobie automatycznie Ewę Chodakowską biegnącą dziesiąty kilometr z ciężarkami, po to żeby na koniec zrobić 800 pompek. Łączymy to w głowie z kobietą  ciąży i ... buhahahahahaha. Jakie to niedorzeczne. Koniec dyskusji.

Takie wyobrażenia mają zarówno osoby, które nigdy nic nie ćwiczyły i nie mają pojęcia jak rozbudowanym pojęciem jest aktywność fizyczna, jak i osoby uprawiające bardzo wymagające, rywalizacyjne i agresywne sporty. Dlatego jeśli np. lekarz ćwiczy pół zawodowo kick-boxing, to wcale nie znaczy, że będzie zachęcał pacjentki do ćwiczeń ciążowych. Jeśli nic nie ćwiczy, to też nie będzie, bo pomyśli "sam ledwo chodzę na trzecie piętro, to nie będę przecież ciężarnej uganiał".

2. W naszej kulturze ciąża i poród nie łączą się z ciałem. Mam wrażenie, że większość z nas ciało zredukowała do głowy, a to co poniżej oddała medycynie - "niech specjaliści to za mnie załatwią". Z kolei inna grupa, ciągle nieliczna, ale rosnąca, poszła w emocje i duchowość (doule, grupy wsparcia, porody domowe). To wspaniały trend, tyle, że w drodze od medykalizacji do naturalności, emocji i duchowości znów gdzieś zgubiliśmy ciało. Ani jedna ani druga grupa nie łączy ciąży i porodu z ciałem rozumianym jako mięśnie, powięź i wszelkie inne struktury. Nie bierze pod uwagę napięć w ciele, postawy kondycji. A skoro tak, to nie pasuje tu też aktywność fizyczna.

3. Większość z nas zakłada, że aktywność fizyczna może spowodować coś złego, a nawet jak nie, to co tam, na wszelki wypadek można jej unikać. Natomiast brak aktywności, bezruch, nie powoduje nic.

Niestety to tak nie działa. Czy się ruszamy czy nie, to na nasze tkanki zawsze działają jakieś siły (poczytajcie książki biomechaniczki Katy Bowman). Co więcej kiedy się odpowiednio ruszamy, to działają siły dobre, a kiedy się wcale nie ruszamy to działają złe siły. Siedzenie zabija, siedzenie to nowe palenie. Gdybyśmy mieli taką w sumie oczywistą refleksję, to nie bronilibyśmy się rękami i nogami przed godzinką ćwiczeń, poczytaniem badań naukowych na temat aktywności fizycznej w ciąży, wysłuchaniem pogadanki czy kupnem książki "Przećwicz ciążę" :-)

4. Na hasło "aktywność fizyczna w ciąży" automatycznie wyjeżdżamy z patologią. Tzn. np. w artykule o aktywności fizycznej ciężarnych wyjeżdżamy zaraz z listą przeciwwskazań, listą strasznych przypadłości. Moim zdaniem to nie jest racjonalne. To socjotechnika napędzające klimat grozy. 

Żeby to lepiej zobaczyć wyobraź sobie, że poszłaś za dawnych niecovidowych czasów do jakiegoś liceum, żeby w auli poopowiadać dzieciakom o zaletach aktywności fizycznej. A tu pani profesor od biologii przerywa ci: "Hola, hola, jak śmiesz mówić o aktywności fizycznej, skoro są na świecie licealiści obłożnie chorzy, tacy, którzy mieli wczoraj wypadek samochodowy albo złamali nogę!". Bez sensu, prawda? Oczywiście, że niestety są tacy nastolatkowie, ale to nie jest temat tej pogadanki, w tej wyobrażonej auli ich nie ma, ale co szkodzi wprowadzić trochę grozy, a co za tym idzie podejrzliwości i zniechęcenia. 

(To mnie wpiekla jeszcze z innego powodu - moim zdaniem tłumaczenie, że jak wczoraj miałaś krwawienie albo leżysz na patologii ciąży, to nie powinnaś ćwiczyć jest obelgą dla kobiet. Ale serio? Same byśmy na to nie wpadły. Ktoś nam musi o tym powiedzieć, najlepiej mężczyzna). 

Z powodu takich wyobrażeń nasze wysiłki, żeby promować aktywność fizyczną w ciąży są w zasadzie skazane na porażkę. Najpierw musiałybyśmy rozbroić różne stereotypy, zanim przejdziemy do racjonalnych argumentów, a na to nie ma na ogół przestrzeni. Tym bardziej, że to trochę błędne koło, bo np. jeśli jesteśmy odcięci od ciała, to nie chcemy o nim słuchać, a nie mówiąc o ciele, nie możemy dojść do ciała...   

sobota, 27 lutego 2021

(174) Wytyczne WHO dotycząc aktywności fizycznej w ciąży


Światowa Organizacja Zdrowia wydała niedawno wytyczne dotyczące aktywności fizycznej, w tym aktywności fizycznej w ciąży. Napisałam o tym na blogu portalu supermamaplaner.pl

https://supermamaplaner.pl/blogs/jakakolwiek-aktywno-fizyczna-jest-lepsza-ni-brak-aktywnoci-zalecenia-who-dla-kobiet-w-ciy-80.html

Zrobiłam dla Was, nie tyle tłumaczenie, co wyciąg z wytycznych. Chcę podkreślić, że wytyczne są opracowane na podstawie przeglądu badań naukowych (zdrowie publiczne oparte na dowodach). 

Tutaj taki mały wyciąg, dla tych którzy nie otworzą linku 🙂 "I uwaga, uwaga! To bardzo ważne: badania dowodzą, że aktywność fizyczna nie jest związana ze wzrostem ryzyka poronienia, ani z przedwczesnym porodem, a wręcz pełni funkcję ochronną, redukując ryzyko przedwczesnego porodu. Niespodzianka, prawda? Większość ludzi jest przecież głęboko przekonana, że jest odwrotnie…"

Zapraszam Was też do regularnego odwiedzania portalu supermamaplaner.pl - to bogata baza informacji dla kobiet w ciąży. Artykuł o wytycznych WHO inicjuje współpracę naszego Stowarzyszenia z supermamaplaner.pl 

Będziemy tam gościć częściej, co nas bardzo cieszy.





piątek, 22 stycznia 2021

(173) Różnica między prawidłową a zdrową ciążą.


Dawno dano temu, kiedy jeszcze odbywały się zajęcia "na żywo", na koniec zajęć w szkole rodzenia pt. "Plan porodu" jeden z panów powiedział coś  tym stylu: "Dlaczego my tu mówimy, że na coś możemy się nie zgodzić, że coś kobiety powinny same robić, przyswoić jakieś umiejętności, itd. Czy lekarze nie są doskonałymi fachowcami i nie należy im w 100% zaufać".

Lekarze są fachowcami. Problem w tym, że ... nasze zdrowie według koncepcji pól zdrowia zależy od nich tylko w 10%, a np.  53% od naszego stylu życia...To bardzo widać na każdym etapie życia, ale w czasie ciąży, porodu, połogu, szczególnie.

Przedstawię Wam dwie kobiety. Fikcyjne, ale przedstawiające pewne prawidłowości, które obserwuję od 17 lat pracy z ciężarnymi. 

Proszę Państwa, oto one: Ewa i Monika!

Ewa uważa, że za jej ciążę odpowiada wyłącznie lekarz. Jedyne co robi dla swojego zdrowia to wizyty kontrolne u ginekologa. W zasadzie od początku ciąży czuje się fatalnie. Doskwiera jej mnóstwo rzeczy. Ociężałość, zadyszka od 4 miesiąca. Nietrzymanie moczu i trudności z wstaniem z fotela od szóstego.  Chroniczny ból pleców, żeber, spojenia łonowego. Bardzo silny lęk przed porodem. Nadprogramowe kilogramy w ciąży i po. Poród to trauma. Leżenie na plecach, niewyobrażalny ból, brak informacji, brak wiedzy, przerażenie. Po porodzie ma problemy z poruszaniem się, nadwagą, karmieniem. Jest raczej w kiepskim stanie psychicznym.

Monika też oczywiście odwiedza regularnie ginekologa, ale od zrobienia testu ciążowego chce zdobyć sama jak najwięcej wiedzy i umiejętności. Wie też, że aktywność fizyczna i zdrowe odżywianie są bardzo ważne. Ćwiczy, spaceruje, pływa. Korzysta z warsztatów dna miednicy, spotkań z doulą, szkoły rodzenia. Czyta. Zaprzyjaźnia się z innymi ciężarnymi. Wspomina ciążę i poród fantastycznie. Nie znaczy to, że wszystko było idealnie, ale jeśli nie było, to szukała rozwiązań, np. szła do fizjoterapeutki. Czuła się i czuje zdrowa, sprawna, silna. O nietrzymaniu moczu wie z warsztatów i książek, sama go ani razu nie doświadczyła. tak samo jak bólu pleców. krótko po porodzie wróciła do wagi sprzed ciąży. Kiedy miała lub ma gorszy dzień, wie gdzie szukać wsparcia (i że może to robić).    

Obie panie rodzą w 39 tygodniu ciąży drogą pochwową zdrowe dzieci (Monika bez nacięcia krocza).

I teraz puenta: z punktu widzenia medycyny obie panie są dokładnie w tym samym miejscu: 39 tydzień, droga pochwowa, zdrowe dziecko. Koniec. Kropka. Do widzenia. 

Ale z punktu widzenia nas - kobiet, z punktu widzenia jakości życia, między jedną a drugą panią jest przepaść. "Niebo a ziemia". Bo nie sądzę, aby któraś z Was powiedziała "nie widzę żadnej różnicy, obojętne czy będę czuć się jak Ewa czy jak Monika".

Wracając do początkowego pytania: każdy z nas ma wybór. Można zaufać w 100% lekarzom (a sobie i innym fachowcom w 0%). To jest nawet w sumie wygodne, bo nie wymaga pracy własnej. Taka osoba jakoś przejdzie ciążę i jakoś urodzi zdrowe dziecko. Na szczęście są kobiety które chcą "jakoś" zamienić na "świadomie, sprawnie, zdrowo, pozytywnie, spokojnie, fajnie, ciekawie", a tego nie zapewni im sam lekarz, choćby był najlepszym fachowcem na kuli ziemskiej.

 

 

niedziela, 17 stycznia 2021

(172) Co ma brak aktywności fizycznej do patriarchatu?


Obiecałam, że napiszę jeszcze o twierdzeniu wielu kobiet, że "nie muszę ćwiczyć, bo przecież mam obowiązki domowe" z punktu widzenia kulturowego. 

Otóż wiele razy zdarzyła mi się taka sytuacja, jak opisana poniżej.

Naprawdę. Tyle razy, że uznaję to już za kulturową prawidłowość (bo najpierw odbierałam to osobiście, że może Przyszłą Mama  mnie nie lubi albo rzeczywiście popełniłam jakąś niezręczność).

Wygląda to mniej więcej tak:

- Oj jak mnie bolą plecy! Oj jaka jestem zmęczona! - mówi Przyszła Mama.

- To może wpadłabyś do nas na ćwiczenia, to w większości przypadków działa, a do tego jest fajnie. A teraz to jeszcze mamy projekt i wszystko za darmo - odpowiadam w dobrej wierze, chcę pomóc.

Tu Przyszła Mama nagle zmienia się, jakbym co najmniej wygłosiła pogląd polityczny przeciwny do jej przekonań. Jej twarz wykrzywia grymas wściekłości i warczy/syczy/ironizuje: Jakbyś nie zauważyła to mam już starsze dziecko. Mam już "gimnastykę"!!!

Zobaczcie jakie to nieadekwatne i nieracjonalne zachowanie, niczym strażniczek patriarchatu, bo Przyszłą Mama nie wkurza się na:

- kulturę, która nadal większość obowiązków domowych i rodzicielskich zrzuca na kobietę,

- partnera, który wraca o 20.00 z pracy albo o 16.00, ale potem musi wyłącznie odpoczywać,

- teściową, która kontakt z wnukiem ograniczyła do pogłaskania po główce,

- mamy, która owszem, wpada dwa razy w tygodniu, ale po to, żeby zrobić inspekcję czystości,

- państwo, które nie zapewnia żłobka dla dwulatka, itd. itp.

Nie, nic z tych rzeczy się nie dzieje. Przyszłą Mama "morduje" za to bogu ducha winnego "posłańca", a raczej "posłanniczkę".

Czy wyobrażacie sobie identyczną sytuację, tylko z mężczyznami w rolach głównych? Że np. nasz trener Rajmund z Aktywnego Piątkowa zachęca Przyszłego Tatę do pogrania w piłkę. Na to Przyszły Tata wrzeszczy: Odpaliło ci?! Mam w domu trzylatka i pranie! :-)

Nie? Nie jesteście sobie w stanie tego wyobrazić? To może zacznijmy walczyć o swoje potrzeby i ... bądźmy też solidarne z innymi kobietami!

poniedziałek, 7 grudnia 2020

(171) Obowiązki domowe i opieka nad dziećmi zamiast ćwiczeń?




Bardzo często zdarza mi się słyszeć coś takiego: "nie muszę ćwiczyć, bo opieka nad dzieckiem i obowiązki domowe, to wystarczająca gimnastyka". Wrócę jeszcze do tego w następnym poście, takim bardziej kulturowym, ale tu chciałabym wykazać nieprawdziwości takiego twierdzenia z punktu widzenia fizjologii. Tzn. zostawmy kwestie społeczne, emocjonalne. Nie ruszajmy tego czy masz czas, możliwości, siły i ochotę ćwiczyć. Skupmy się na chłodnej analizie obu sposobów ruchu.

Będę się upierać przy tezie, że obowiązki domowe i opieka nad dzieckiem nie zastępują ćwiczeń. Oto argumenty:

- Ruchy, które wykonujesz przy obowiązkach domowych mają bardzo ograniczony repertuar. Ruchy wykonywane na ćwiczeniach są bardziej zróżnicowane. Nigdy nie liczyłam poszczególnych ćwiczeń ani na zajęciach, w których byłam uczestniczką, ani na takich, które prowadziłam, ale spokojnie są to dziesiątki różnych ruchów w ciągu np. godziny. Tymczasem jeśli np. prasujesz, to ... prasujesz. Jest to ten sam ruch przez długi czas. A nasze ciało kocha różnorodność. Mamy plus dla ćwiczeń.

- Tu w pewnym sensie kontynuacja poprzedniego punktu. W związku z powyższym, nie ćwicząc, wielu ruchów nie wykonujesz w życiu codziennym nigdy. Chyba, że tak jak mój syn, idziesz po tosty z pokoju do kuchni na rękach. W takim przypadku przepraszam, wycofuję się i nie musisz już czytać dalej, ani próbować wygospodarować kwadransa ćwiczeń.

- Ruchy wykonywane na ćwiczeniach są z założenia prawidłowe, fizjologiczne, służące zdrowiu. Jasne, że możesz zrobić coś nie tak, szczególnie teraz, kiedy pozostają nam raczej płyty DVD i You Tube, czyli nie ma kontroli instruktora, ale to będzie wypadek przy pracy, a nie prawidłowość. Tymczasem w odniesieniu do obowiązków domowych nieprawidłowości zdarzają się bardzo często, czasami z naszej niewiedzy, czasami z konieczności, czy z innych powodów. Np. właśnie garbimy się prowadząc dziecko w parku, spinamy barki, bo mamy za wysoki blat do krojenia, krzywimy się przy odkurzaniu, bo rura od odkurzacza zablokowała się i nie chce się wydłużyć, nosimy dziecko tylko na lewym biodrze, bo prawą ręką musimy przecież mieszać zupę, itd.

- I znów uszczegółowienie poprzedniego punktu: na ćwiczeniach wykonujemy symetryczne ruchy. Jeśli najpierw jest wykrok prawą nogą, to za chwilę będzie lewą. Nasze ciało lubi balans, więc mu się to podoba. I znów punkt dla ćwiczeń. Tymczasem w domu, tak jak już pisałam wyżej, a to prasujemy godzinę jedną ręką, a to nosimy dziecko na jednym biodrze, a  to skrobiemy michę warzyw ręką dominującą, a co z drugą stroną?

- Kolejny argument to to, że aktywności domowe nie są wystarczająco intensywne dla młodych zdrowych kobiet. Pomijam sytuację, gdy masz 4 dzieci i/lub  gospodarstwo rolne oraz rąbiesz drwa i palisz w piecu. Jednak nawet wtedy upierałabym się przy ćwiczeniach od czasu do czasu, choć o innym charakterze - rozciągającym, wyciszającym (Pamiętasz? Nie mówię o realnych możliwościach organizacyjnych, tylko o tym co optymalne z punktu widzenia naszego ciała). Doskonale wiem, jak można być zmęczonym przy nawet jednym dziecku, ale to zmęczenie nie wynika z dużej intensywności potrzebnej naszemu ciału, ale z braku resetu, braku relaksu, monotonii, poczucia braku wsparcia, itd., a nie z czysto fizycznego obciążenia. Gotowanie obiadu to nie jest trening kardio, przykro mi.

- Obowiązki domowe nas nie edukują, nie uczą prawidłowych zachowań, nie przygotowują do porodu, itd., itp. To możesz zyskać tylko w czasie formalnego treningu na żywo czy online. Jeśli np. skorzystasz z DVD, które są ilustracją do tego tekstu, to zyskasz dużą dawkę wiedzy i umiejętności (oczywiście jeśli będziesz ćwiczyć, a nie tylko oglądać). Takiego efektu nie osiągniesz wkładając pranie do pralki czy naczynia do zmywarki. Nigdy przy tych czynnościach nie usprawnisz dna miednicy, nie nauczysz się prawidłowego oddychania... Kolejny punkt dla ćwiczeń. 

- Następna rzecz - ćwiczenia relaksują właśnie ze względu na wspomniany wyżej reset, bo jeśli cały dzień zajmujesz się domem, to kwadrans, pół godziny czy godzina totalnie innej aktywności będzie resetem. Wiem, że trudno w to uwierzyć, bo wiele kobiet odbiera to jako jeszcze jeden obowiązek, jeszcze jedno obciążenie, ale to naprawdę jest reset (ale o ty w następnym, tym kulturowym odcinku).

No i mamy 6 punktów na rzecz ćwiczeń, tak na szybko, a pewnie znalazłoby się ich więcej. Dlatego proszę nie mówcie już "nie musze ćwiczyć, bo mam starsze dziecko", "nie muszę ćwiczyć, bo gotuję i sprzątam". Lepiej będzie: "nie jestem w stanie wygospodarować dziesięciu minut na ćwiczenia, ale rozumiem, jakie to ważne i potrzebne" :-)

       

poniedziałek, 23 listopada 2020

(170) Aktywność fizyczna zamiast aborcji?

Bardzo długo zastanawiałam się, czy napisać ten post, bo wiem, że może być odebrany jako brutalny... Proszę więc nie oceniajcie go w kategoriach emocjonalnych czy społecznych, tylko potraktujcie jako ćwiczenie z logiki. Otóż chcę Wam uświadomić jak bezsensowny jest czarny PR aktywności fizycznej w ciąży.
Większość z nas twierdzi, że aktywność fizyczna w ciąży, to działanie wysokiego ryzyka, że powoduje:
- poronienia (nie ćwicz w pierwszym trymestrze!)
- skracanie się szyjki macicy (nie ćwicz w drugim trymestrze!)
- przedwczesny poród (nie ćwicz w trzecim trymestrze!)
- wywołuje poród (jeśli jesteś po terminie porodu i nic się nie dzieje, to przejdź się po schodach lub unieś ręce do góry).
Jak już przyszła mama się upiera, żeby ćwiczyć, to musi mieć zaświadczenie lekarskie na jedną godzinę ćwiczeń dla ciężarnych w tygodniu...
No i teraz jak do tego mają się obecne protesty kobiet? Jak się ma istnienie klinik aborcyjnych? Jak się mają dramaty kobiet?
A no tak, że czarny PR aktywności fizycznej w ciąży, to tylko czarny PR. Totalnie bezrefleksyjne powtarzanie stereotypów.
Gdyby aktywność fizyczna była rzeczywiście szkodliwa, to kobiety nie wychodziłyby teraz na ulice, tylko wzruszały ramionami i uśmiechały się z pobłażaniem. W razie życiowego dramatu politycy mogliby im nagwizdać - kupiłyby karnet na ćwiczenia dla ciężarnych i "aborcja" gotowa. Nie jeździłyby też do klinik aborcyjnych na Słowacji, mając studio jogi za rogiem.
Zawsze kiedy słyszę od zdrowych, normalnie funkcjonujących ciężarnych, że lekarz zabronił im ćwiczyć w pierwszym trymestrze, to się zastanawiam (nie ukrywam że z pewną złośliwością), czy gdyby pytały o aborcję, to by powiedział/a "aborcja jest kosztowna i inwazyjna, proszę pójść trzy razy na pilates".
Można powiedzieć, że mieszam dwie sytuacje. No cóż, ale nasze ciało nie reaguje różnie na ten sam bodziec zależnie od intencji. Pragnę dziecka, więc muszę unikać aktywności fizycznej, żeby nie poronić. Nie chcę być w ciąży, więc aktywność fizyczna, rzekomo poronna, nie ma z tym nagle nic wspólnego, muszę poddać się aborcji. To tak nie działa.

środa, 28 października 2020

(169) Rodź ciałem, nie umysłem



Przeczytałam bardzo poetycki felieton "O wyczerpaniu i godności" Natalii de Barbaro (Wysokie Obcasy, 14 listopada 2020), którego fragmentem chciałam się z Wami podzielić. 

"Nie wiem, jak mogłabyś godność i lekkość siać w swojej codzienności - gdybyś uznała, że tobie też się przyda - ja jednak czuję, że w moim pojedynczym życiu mogą przyjść przede wszystkim przez ciało. 

Nie przez umysł mielący strachy i katastroficzne wizje, tylko przez ciało, przez nieustanne wracanie z głowy do oddechu, z głowy do ruchu, z głowy do stop, rąk, nóg i znowu oddechu. Czuję, że potrzebuję swojego ciała w ramionach moich bliskich, ale też kontaktu ze swoją siłą, potu, adrenaliny i przechodzenia, nie za bardzo, ale jednak, za granicę tego, co myślę, że potrafię. Czuję, że nic tak jak ciało nie przypomni mi, że jestem tutaj,  środku tej właśnie chwili. Że to ciało jest studnią, w której ciągle jest woda, że mogę z niej czerpać. Może masz podobnie?"

Tak, mam podobnie, dlatego poruszył mnie ten felieton. Tak, mam podobnie, dlatego kiedy jeszcze działała szkoła rodzenia, próbowałam Wam tę filozofię sprzedać. Żeby żyć ciałem, żeby przygotowywać się do porodu ciałem, żeby rodzić ciałem. Żeby przestać uczyć się wyłącznie wzrokowo i na pamięć pozycji porodowych ("raz, dwa, trzy bociani krok, przysiad hop i kółeczko"). Żeby przestać rozkminiać każde ćwiczenie ("stopy 15 cm od siebie czy 17,5 cm?", "ale w którym, powiedz dokładnie, w którym momencie porodu to krążenie biodrami? Ile minut od pierwszego skurczu?", "a czy jak 35 dni temu bolały mnie plecy, to mogę robić to ćwiczenie?") Tak bardzo chciałam, żebyście przestały patrzeć na ciążę i poród z punktu widzenia głowy, a nawet wystraszonego serca i dały szansę ciału. Żebyście po prostu zaczęły ćwiczyć i same doszły do tego, co jest dla Was lepsze, co CZUJECIE.

Na niektóre z wymienionych wyżej szczegółowych pytań ze szkoły rodzenia nie potrafiłam odpowiedzieć, choć nie wykluczam, że ktoś inny mógł znać odpowiedź. 

Na inne znałam odpowiedź, ale pytająca nie miała z tego żadnej korzyści - no bo jasne, mogę powiedzieć, że optymalnie i mega prawidłowo powinna robić tak i tak, ale i tak tego nie zrobi, bo na obecnym etapie rozćwiczenia nie jest w stanie. To jak najbardziej normalne i nie ma czego się wstydzić, ale też nie ma co teoretyzować, tylko ĆWICZYĆ na tyle na ile można. 

No i wreszcie są pytania, na które takiej odpowiedzi po prostu nie ma, a raczej jest ale w Tobie i Twoim ciele. I znajdziesz ją sama (z zachwytem), jeśli przez najbliższy tydzień codziennie wrócisz do danego ćwiczenia.

Mimo że ćwiczę od wielu wielu lat (a może właśnie dlatego?) ciągle miewam takie olśnienia. Kiedyś na pilatesie, kiedy ćwiczyliśmy ... ręce, poczułam ... dno miednicy. Innym razem po zajęciach core poczułam jak puszczam brzuch i oddycham przeponowo (a wcześniej wiele razy próbowałam rozkminić to teoretycznie, ale brzuch trzymał). W ostatnich koronawirusowych czasach ćwiczyłam z filmiku na You Tubie. Ciągle tego samego. I po 5-6 treningu uświadomiłam sobie, że źle stawiam stopy w ćwiczeniu na czworakach. POCZUŁAM, że mi coś nie pasuje. Na kilku treningach z orbitrekiem CZUŁAM się jak ludzik Lego w obszarze bioder. Aż tu nagle, po kilku razach, bach! Coś puściło, POCZUŁAM biodra i miednicę.

Prawdopodobnie gdybym zamiast You Tuba i orbitreka miała osobistego trenera, to wychwyciłby krzywą stopę i blokadę w biodrach szybciej, ale ... nie mam osobistego trenera. Poza tym jestem przekonana, że to co odkryło moje ciało samo (i ja, i ja!), już w nim zostanie. I przy kolejnych treningach nie będę mieć tego problemu.  

Wracając do przygotowań porodowych: do ciała nie ma prostszej drogi, niż przez ciało. Dlatego ĆWICZ, próbuj, testuj. I to wielokrotnie, bo za pierwszym razem ciało może powiedzieć, że mu się ćwiczenie nie podoba (bo po prostu jest nieprzyzwyczajone), a z za dziesiątym powtórzeniem to będzie Twoje ukochane ćwiczenie.