Stowarzyszenie na Rzecz Wspierania Kobiet "Dbamy o Mamy"

piątek, 6 grudnia 2019

(162) Nie leż w czasie porodu! Ciąg dalszy



Muszę uzupełnić poprzedni wpis, bo nie chcę żebyś nabrała przekonania, że skoro nie masz leżeć w czasie porodu, to może masz ciągle chodzić, zmieniać pozycje, bez przerwy się ruszać albo że koniecznie musisz wykonać sugerowane w poprzednim wpisie ćwiczenia.

Nic z tych rzeczy!

W chodzeniu w czasie porodu nie chodzi o to, żebyś przemierzała kilometry równym tempem :-) Chociaż znamy dziewczyny, którym bardzo pomogło dojście na porodówkę na osobistych nogach (nie miały daleko). O dobrych skutkach przychodzenia (a nie przyjeżdżania) do porodu wspominała też położna Iwona Marczak w kontekście swojej książki "W Kórniku czy w malinach". Zresztą w szpitalu nie będzie nawet przestrzeni, żeby maszerować, ale nie szkodzi. Mówiąc "chodzenie" mamy na myśli kilka kroków przemierzonych z godnością, przerywanych np. pochyleniem i podparciem o drabinki/partnera, kołysaniem bioder, itd. cokolwiek Twoje ciało "wymyśli".

Zmienność pozycji też nie jest istotna. To nie jest tak że im więcej, tym lepiej. My na swoich zajęciach uczymy ich dużo, ale po to, żebyś miała wybór. Być może w czasie porodu wykorzystasz tylko jakieś dwie lub trzy. A może jednak dziesięć. Nie wiem tego ani ja, ani Ty. Tu jeszcze ciekawostka - w czasie porodu nie musisz wcale wykorzystywać ruchów, "ćwiczeń", które lubiłaś w ciąży. Słyszymy np. o tym, że ktoś w czasie ciąży nie rozstawał się z dużą piłką do siedzenia, kołysania, a w czasie porodu nie mógł na nią nawet patrzeć.

Nie musisz się ruszać bez przerwy i raczej nie będziesz, jeśli Twój poród potrwa trzynaście godzin albo chociaż dziewięć. Możesz spędzić mnóstwo czasu w jednej pozycji np. siedząc okrakiem na krześle, opierając się na oparciu i poddając masowaniu albo klęcząc albo jeszcze inaczej. Pamiętaj tylko, żeby nie było to leżenie na plecach.

Nie musisz wykonać żadnego z opisanych w tym czy poprzednim poście "ćwiczeń". To tylko sugestie. Na zajęciach zawsze podkreślam, że w idealnym świecie, w którym żyłybyśmy w harmonii ze swoimi ciałami, nauka pozycji porodowych byłaby nonsensem. Po prostu rodziłabyś sobie w instynktowny sposób. Niestety jednak nie żyjemy w takim świecie, a nawet powiedziałabym, że większość z nas żyje bardzo daleko od swoich ciał. Latami nie zażywamy ruchu, a w ciąży to już wcale, zbieramy miliony napięć w ciele, większość życia siedzimy, nie chcemy dowiedzieć się niczego o swoim ciele nawet za darmo (wiemy, bo prowadzimy bezpłatne warsztaty o takiej tematyce), kiepsko oddychamy, jak bolą plecy, to bierzemy środek przeciwbólowy, zamiast poruszać się i/lub skorzystać z fizjoterapii, itd. itp. Dlatego konieczne są zajęcia przygotowujące do porodu, które w idealnym świecie nie miałyby racji bytu.Jednak to co na nich prezentujemy to tylko sugestia, a nie jedyna możliwość. Prawdopodobnie nawet nie najlepsza możliwość. To Twoje ciało wymyśli najlepszą, pod warunkiem, że się nad nim trochę pochylisz, otworzysz na doznania, dostarczysz ruchu, tlenu i relaksu. 

czwartek, 5 grudnia 2019

(161) To można rodzić inaczej niż leżąc na łóżku?

W czasie ostatniego spotkania w szkole rodzenia, mówiłam o sposobach łagodzenia bólu porodowego. Zaczęłam od tego, że działasz już przeciwbólowo, jeśli rodzisz w innej pozycji niż leżąc na plecach na łóżku.

Na to jedna z uczestniczek powiedziała: "To można rodzić inaczej niż na leżąco? Pierwszy raz o tym od Pani słyszę".

Słowo pisane tego nie oddaje, ale w tym pytaniu nie chodziło o np. o procedury szpitalne czy przychylność personelu do rodzenia w pozycji innej niż na plecach, ale raczej o sam pomysł.

Wobec tego, chciałam zacytować fragment naszej broszury, którą Stowarzyszenie wydało w 1000 egzemplarzach i dystrybuowało bezpłatnie. Niestety nakład się wyczerpał. Może chcesz zostać sponsorką dodruku? :-)



Pozycje wertykalne, czyli dlaczego lepiej nie rodzić w pozycji leżącej. 

Wbrew temu, co widzisz na filmach, co słyszałaś lub czego może sama już wcześniej doświadczyłaś, leżenie na plecach w czasie porodu nie jest najlepszą pozycją do rodzenia. Dokładnie rzecz ujmując jest pozycją prawie najgorszą (gorsze byłoby tylko zwisanie głową w dół). Dlaczego? Z wielu powodów – choćby dlatego, że generuje dodatkowy niepotrzebny dyskomfort i ból.

Na początku zajęć o porodowych pozycjach wertykalnych zawsze pytamy: „Kto z Państwa, kiedy bolała go głowa, żołądek, brzuch, noga czy cokolwiek innego, położył się na plecach i zaświecił sobie lampą w oczy?”. Nie spotkałyśmy jeszcze osoby, która odpowiedziałaby twierdząco. Niektórzy mówią, że leżeli na boku, kuląc nogi, inni, że chodzili i głęboko oddychali, jeszcze inni, że masowali kark albo czekali na czworakach na kolejny atak torsji. Nikomu nie przynosiło ulgi leżenie na płask bez ruchu. Ten mały eksperyment przekonuje do aktywnego rodzenia.

Jednak to nie koniec zalet pionizowania się i ruchu w czasie porodu. Oprócz dyskomfortu i bólu leżenie na plecach powoduje też inne niedogodności. Kiedy przyjmujesz taką pozycję, Twoje dziecko musi „wypełznąć” samo, a do tego ma pod górkę. Jeśli poruszasz się w pionowej pozycji, dajesz mu impulsy do wychodzenia, „wytrząsasz” je, a dodatkowo pomaga Ci siła grawitacji (to nie żart: łatwiej schodzić w dół, niż wspinać się pod górę).

Pozycje wertykalne skracają czas porodu średnio o 30%. Przyspieszają rozwieranie się szyjki macicy, wzmacniają skurcze. Sprawiają, że Ty i dziecko jesteście lepiej dotlenieni, a co za tym idzie – mniej zestresowani. Twoje kości lekko się rozsuwają i poszerzają drogę dziecku oraz nie gniotą mu nadmiernie główki (jeśli leżysz na plecach, nie ma szans, żeby kości się rozsunęły). Na koniec ułatwiają parcie i dzięki nim zmniejsza się ryzyko nacięcia krocza.

Jeśli nie leżeć, to co robić? 

Przekonałyśmy Cię, że leżenie to nie jest dobry sposób na poród. Teraz pewnie zapytasz: wobec tego, co robić? Nasza odpowiedź nie usatysfakcjonuje raczej inżynierek i księgowych – najlepiej ruszać się intuicyjnie, otworzyć się na swoje ciało. W sprzyjających okolicznościach ono nam naprawdę podpowie, kiedy się pokołysać, kiedy podnieść nogę, pochylić się czy ukucnąć. Może być jednak tak, że będziesz zbyt zestresowana, żeby swoje ciało usłyszeć. Dlatego (i żeby usatysfakcjonować inżynierki i księgowe) poniżej opisujemy trzy ćwiczenia, które możesz wykorzystać w czasie porodu.

Bociani krok. Techniki wykonania bocianiego kroku są różne. Jedna z nich to unoszenie na przemian kolan bokiem. Możesz to robić w miejscu lub iść przed siebie. Możesz też stawiać nogę na podwyższeniu (krześle, drabince) i trwać trochę w tej pozycji.
To ćwiczenie przyspiesza rozwieranie się szyjki macicy i przez asymetryczne ustawienie miednicy ułatwia dziecku wychodzenie (uniesienie kolana jest skutkiem, a nie istotą ćwiczenia – unosisz je po to, żeby zmienić położenie miednicy).

Kołysanie biodrami. Ruszaj biodrami w jakikolwiek sposób, rób co Ci przyjdzie do głowy i co jest dla Ciebie miłe, np. krążenia, ruchy na boki, w tył i przód… Możesz wykonywać ruchy biodrami na piłce albo stojąc. Kołysanie łagodzi ból i przyspiesza również poród. Im bardziej rozkołyszesz się w ciąży, tym łatwiej będzie Ci w czasie porodu. Poród to nie jest już moment na uelastycznianie i ćwiczenie mobilności. Jeśli chcesz wykorzystywać piłkę, to też powinnaś się z nią zaprzyjaźniać przez całą ciążę. Jeśli piłkę po raz pierwszy zobaczysz na sali porodowej, to najprawdopodobniej będziesz bała się na niej usiąść. Ewentualnie usiądziesz, ale dużo energii stracisz na łapanie równowagi, zamiast na rodzenie.

Głęboki przysiad. Ukucnij tak, jak robią to dzieci. Dobrze byłoby, gdybyś dała radę postawić całe stopy na podłodze. Możesz sobie pomóc, trzymając się piłki, drabinek, partnera. Dobrze jest przeplatać przysiady bocianimi krokami lub kołysaniem bioder.
To też pozycja na przyspieszenie rozwierania się szyjki macicy. Szczególnie jeśli nie korzystasz z pomocy, tylko kucasz sama. Świetna również do ostatecznego rodzenia – kanał rodny jest w niej maksymalnie rozszerzony i skrócony (czyli Twoje dziecko pędzi autostradą, a nie przeciska się górską ścieżką, jak podczas leżenia na plecach).

czwartek, 26 września 2019

(160) Stowarzyszenie w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej


Chciałyśmy się pochwalić, że informacja o wydanej przez Stowarzyszenie książce "Przećwicz ciążę" trafiła do 12 tysięcy lekarzy zrzeszonych w Wielkopolskiej Izbie Lekarskiej.

Bardo dziękujemy dr Annie Skrzypczak - bez niej nie pisałybyśmy tego postu , a Pani Rzecznik Katarzynie Strzałkowskiej za wspaniały wywiad, pomoc i zaangażowanie.

Całostronicowy wywiad został opublikowany na stronie 16 Biuletynu Informacyjnego WIL. 

Zapraszamy do lektury:
https://wil.org.pl/wp-content/uploads/wil-09-2019-issuu.pdf

P.S. 

Jeśli przeczytasz wywiad, to zaliczasz się do czytelników Biuletynu i możesz skorzystać z opisanej promocji...

czwartek, 19 września 2019

(159) O co chodzi z dnem miednicy?



Od 16 września do 20 grudnia, dzięki dofinansowaniu Urzędu Miasta Poznania, zapraszamy wszystkie kobiety na bezpłatne ćwiczenia i warsztaty dna miednicy. Zanim na nie przyjdziesz lub jeśli zastanawiasz się czy te zajęcia są dla Ciebie, przeczytaj poniższe krótkie informacje o dnie miednicy (tekst pochodzi on z książeczki "Zdrowa, sprawna, świadoma. Poradnik przyszłej mamy". Stowarzyszenie wydało poradnik w 1000 egzemplarzach, również częściowo dzięki dofinansowaniu Urzędu Miasta. Książeczka była rozdawana bezpłatnie - niestety nakład wyczerpał się. Jeśli chcesz wesprzeć dodruk, zapraszamy do kontaktu).

Dno miednicy to taki mięśniowy hamak w dole naszego tułowia, podtrzymujący wnętrzności. Hamak składa się z kilku różnych warstw (do ćwiczeń nie potrzebna nam anatomiczna precyzja) i ma otwory – trzy u kobiet (cewka moczowa, pochwa i odbyt), dwa u mężczyzn. Powiązane jest z różnymi funkcjami organizmu, różnymi aspektami życia: oddychaniem, wydalaniem, życiem seksualnym, mówieniem, emocjami, ruchem, kichaniem (jeśli skręcisz głowę w prawo lub w lewo to kichnięcie będzie mniej obciążające dla dna miednicy!). Czasem może mieć związek z bólem tak odległych struktur jak kolano lub szczęka… Sprawne dno miednicy jest potrzebne całe życie i kobietom, i mężczyznom. Jednak w czasie ciąży i porodu jego znaczenie jeszcze rośnie. W ciąży utrzymuje rosnący brzuch, a podczas porodu musi się sprawnie otworzyć, a potem równie sprawnie wrócić do stanu wyjściowego. Co robić, aby dno miednicy było zdrowe? Odpowiadamy jak zawsze: być aktywnym fizycznie, dodatkowo zadbać o prawidłowe nawyki w życiu codziennym i starać się ćwiczyć dno miednicy bezpośrednio przez tzw. ćwiczenia Kegla.  

Aktywność fizyczna. Z jednej strony „dobra” aktywność fizyczna poprawia sprawność, siłę i elastyczność dna miednicy, z drugiej – sprawne dno miednicy wykorzystywane w życiu i sporcie odwdzięcza się nam – wykonujemy ładniejsze ruchy, mniejszym nakładem sił. To dobra i zła wiadomość. Dobra, ponieważ nie musisz już się martwić, że nie rozumiesz instrukcji czy opisów ćwiczeń Kegla (o tym za chwilę). Zła, bo oznacza to, że nie wystarczy tylko ściskać jakichś „mitycznych” głęboko ukrytych mięśni, leżąc na kanapie z paczką chipsów. Trzeba regularnie się ruszać. Najlepiej wykorzystywać techniki budujące świadomość ciała, jak taniec brzucha, pilates, fitball, zdrowy kręgosłup, core fitness, joga.

Prawidłowe nawyki. Twoje dno miednicy lubi prawidłową postawę ciała, świadome i głębokie oddychanie, używanie piłki zamiast krzesła, wykorzystywanie podnóżka w toalecie, utrzymywanie prawidłowej masy ciała. Nie lubi foteli, kanap, stresów, pośpiechu w toalecie, zaparć, ciasnych pasków, częstego i długotrwałego noszenia wysokich obcasów.

Ćwiczenia Kegla. Przedstawiamy tu jeden rodzaj ćwiczeń dna miednicy. Spróbuj go opanować i wdrożyć w życie, a potem możesz eksperymentować z innymi sposobami:
1) stań prosto. Odszukaj struktury, do których przymocowany jest Twój mięśniowy hamak. Dotknij z przodu spojenia łonowego, z tyłu kości krzyżowej. Potem unieś wysoko prawe kolano, w tej pozycji wyczuj ręką kości w pośladku (guz kulszowy). To samo zrób na lewą stronę. W czasie dalszych instrukcji pamiętaj o czterech miejscach, które dotknęłaś;
2) rozszerz nieco nogi. Palce stóp skręć do środka. Jedną dłoń połóż na brzuchu, drugą na pośladku. Skręcenie stóp w rozkroku ma utrudnić nam mimowolne ściskanie pośladków. Ręce to nasze kontrolki. Jeśli poczujemy spinanie, rozluźnijmy się, pomasujmy;
3) teraz próbujemy podnosić siłą woli nasz hamak do góry (przypomnij sobie o wcześniej dotykanych czterech punktach zaczepienia). Po każdym podniesieniu odkładamy hamak na miejsce. Nasze dno miednicy ma być silne jak strongman i elastyczne jak baletnica. Unoszenie do góry to praca strongmana, a rozluźnianie – baletnicy; 4) z czasem możesz wykonywać ćwiczenie w innych pozycjach. Zawsze pamiętaj o tym, żeby w trakcie oddychać! Liczba powtórzeń zależy od Ciebie.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

(158) "Radość rodzenia. Rozmowy o ciąży i porodzie"


Nabyłam, i Was też do tego zachęcam, książkę "Radość rodzenia. Rozmowy o ciąży i porodzie." Jej autorką jest poznańska doula Marianna Szymarek, z którą Stowarzyszenie "Dbamy o Mamy" ma przyjemność współpracować. Marianna od kilku lat prowadzi dla nas spotkania "Opowieści porodowe" i warsztaty o bólu porodowym. Znając Mariannę i jej dokonania, książkę polecałam w ciemno, ale teraz po przeczytaniu mogę przedstawić obszerniejszą recenzję.

Ta książka tak mi się podobała, że nie wiem od czego zacząć. Też tak macie, że jeśli czymś się zachwycicie, to przekrzykujecie się hasłami? Świetna pogoda! Super widoki! Jakie jedzenie! A nie jesteście w stanie ułożyć obszernej składnej wypowiedzi? Ja tak w każdym razie mam, będę więc używać haseł.

"Radość rodzenia" to zbiór 15 opowieści kobiet o ich ciążach i porodach. Całość jest poprzedzona krótkim wstępem teoretycznym.

Książka jest napisana świetnym językiem. Osobiście sądzę, że Marianna nas wszystkich nabrała i od lat szlifuje warsztat jako np. ghost writer.  To po prostu niemożliwe, żeby to była jej pierwsza dużą książka. Jednak mimo doskonałego warsztatu, uważam, że tej książki nie da się przeczytać w jeden wieczór, jednym tchem albo inaczej - może się da, ale nie warto. Sama czytałam ją przez wiele dni, żeby "pobyć" z każdą z bohaterek, żeby każda opowieść wybrzmiała. Poza tym, osobiście nie dałabym rady duchowo przetrawić tej lektury za jednym zamachem. Dla mnie to książka tak naładowana emocjami, że musiałam sobie je dawkować. 

Jest to pozycja wyjątkowa na polskim rynku, chyba pierwsza nawet tego typu. Istnieją książki, które zawierają opowieści porodowe, ale właśnie są one porodowe. Tutaj bohaterki opowiadają o całym okresie prokreacyjnym, jeśli mogę to tak ująć. Poczynając od wyobrażeń, planów na temat posiadania dzieci przez ciążę, poród, połóg i ... dalsze życie. To właściwie po prostu opowieści o życiu, bo przecież żadna ciąża nie dzieje się w próżni. Bohaterki mówią o relacjach w związkach, chorobach w rodzinie, przeprowadzkach, kłopotach, itd. Sądzę, że książka powinna być lekturą obowiązkową w szkołach i uczelniach medycznych, bo ona bardzo uświadamia, że kobieta która przyjeżdża do porodu nie jest macicą z płodem, tylko człowiekiem ze swoją historią, "kontekstem", z kłopotami, obciążeniami, itd.

Uważam też, że to może być książka terapeutyczna dla kobiet, które już rodziły i nie zamierzają mieć więcej dzieci. Szczególnie jeśli nigdy nie miały możliwości "przegadać" swoich porodów, bo zmuszone przez otoczenie lub ... siebie zaciskały zęby i "bez mazania się" wracały do rzeczywistości, "bo każdy rodzi, co to za wydarzenie".

Popłynę dalej ...To jest książka tak naprawdę dla każdego - dla mężczyzn, kobiet bezdzietnych, bo ona jest po prostu o życiu, o doświadczeniu, które jeśli nie dotyczy bezpośrednio nas, to już dotyczyło na pewno naszych matek, może dotyczy sióstr, współpracownic (to że nigdy nie byłam w Ameryce Południowej i pewnie nie będę, nie przeszkadza mi w czytaniu reportaży o tym rejonie, i czerpaniu z nich wiedzy i radości). Uświadomienie sobie, że poród to nie jest czynność medyczna jak wyrwanie zęba, tylko jest zdarzeniem totalnym, wpływającym na całe życie kobiet, dzieci, rodzin, bardzo by nam pomogło jako ludziom.

I na koniec zaskoczenie: to nie jest książka dla kobiet w ciąży. Dobra, żartowałam, ale tylko po części. Jeśli kobieta świadomie podchodzi do ciąży i porodu, jeśli przygotowuje się do niej sercem, rozumem i ciałem, to tak, to lektura dla niej. Jednak uważam, że nawet w tym przypadku nie powinna to być lektura pierwsza, ale to oczywiście kwestia osobowościowa. Natomiast, jeśli dla jakiejś kobiety jedynym "przygotowaniem się" do porodu byłyby dwa spotkania w szkole rodzenia (o pakowaniu torby do szpitala i pielęgnacji noworodka), to moim zdaniem, nie powinna w 38 tygodniu ciąży czytać tej książki. Dlaczego? Oczywiście, to znowu kwestia osobowościowa, ale sądzę, że w takim przypadku zdarzyłyby się dwie rzeczy. Po pierwsze taka osoba, prawdopodobnie zakończyłaby czytanie po kilku rozdziałach lub (to ta druga opcja) przeczytała do końca, ale z kompletnym zamętem w głowie. Mogłaby zapytać o co tym bohaterkom chodzi? Dlaczego opowiadając te same historie jedna cieszy się, a druga płacze? To w końcu dobrze jest rodzić z mężem czy niedobrze? To nacięcie krocza jest dobre czy złe? Tego się nie dowiesz z tej książki. To nie jest poradnik, a opowieści kobiet nie są wytycznymi (czasami byłyby sprzeczne :-). Tam nie ma ocen. Jest słuchanie i towarzyszenie.

Ktoś powie, to w 38 tygodniu ciąży mam nie czytać tej książki, ale osiem lat po ostatnim porodzie mogę, i jakbym była mężczyzną to też mogę? Odpowiem: Tak, moim zdaniem właśnie tak. Oczywiście cały czas trochę żartuję i cały czas zdaję sobie sprawę z tego, że każda z nas jest inna, i być może znalazłyby się jakieś osoby, które nie przygotowawszy się do porodu, "na ostatnich" nogach przeczytałyby tę książkę i doznały olśnienia. Jednak raczej mogłaby wprowadzić niezrozumienie, zamęt, żal, że się nie przygotowało, nie przemyślało, nie przegadało pewnych spraw wcześniej. Uczucia całkiem niepotrzebne na kilka dni przed porodem. Inni wymienieni przeze mnie potencjalni czytelnicy, nie mając przed sobą terminu porodu, podejdą inaczej do książki, odczytają ją na innym poziomie, będą mieli czas, żeby do niej wrócić...   

czwartek, 8 sierpnia 2019

(157) Wywołanie porodu ćwiczeniami

Zanim przejdę do meritum opowiem Wam prawdziwe historie z ćwiczeń.

Historia 1. Koniec grudnia, chyba ostatnie ćwiczenia przed świętami. Pojawia się nowa uczestniczka. W ramach wywiadu pytam na kiedy ma termin. Odpowiada, że na ... Wigilię. Lekko baranieję. Pytam więc, czy chodziła do tej pory na inne ćwiczenia, czy może u nas to taki "gościnny występ" z powodów organizacyjnych. Dziewczyna odpowiada, z dziwnym przebiegłym uśmiechem, że nie, nie podejmowała totalnie żadnej aktywności fizycznej. Opada mi szczęka. Kurtyna!

Historia 2. Co zajęcia namawiamy słuchaczki szkoły rodzenia, żeby wzięły też udział w organizowanych przez nasze stowarzyszenie ćwiczeniach, że teorię czy warsztat ze szkoły, warto, a nawet trzeba uzupełnić ćwiczeniami. Tak sobie gadamy bezskutecznie... Wreszcie na ćwiczenia przychodzi pierwsza zainteresowana. Nie posiadamy się z radości. Znów pytamy o termin porodu. Właśnie minął... Dziewczyna przyszła wywołać sobie poród ćwiczeniami. Kurtyna! (zza kurtyny jeszcze dopowiem, że cóż, nie wywołała porodu. Po zakończeniu karnetu musiała się udać do szpitala, bo przenosiła ciążę). 

Czy aktywność fizyczna nie przyspiesza terminu porodu? W sensie patologicznym (poród przed 37 tygodniem ciąży) nie przyspiesza nigdy.

Czy zapobiega przenoszeniu ciąży? Tak, ale przy zachowaniu odpowiednich warunków.

Nie zadziała, jeśli zaczynasz ćwiczyć po terminie jak nasze bohaterki. Nie zadziała, jeśli ćwiczysz do połowy ciąży, a potem przestajesz. Nie zadziała, jeśli zaczynasz ćwiczyć w trzecim trymestrze. Nie zadziała, jeśli jest to aktywność mniejsza niż 3 razy w tygodniu po 20 minut o umiarkowanej intensywności. 

Poniżej naukowy wywód z wydanej przez Stowarzyszenie książki "Przećwicz ciążę" dr J.Clappa i C. Cram. 



"Na rycinie 3.1 zaznaczony został wiek ciążowy oraz moment porodu. Dane dotyczą kobiet, które kontynuowały ćwiczenia, oraz fizycznie aktywnej grupy kontrolnej. Diagram obrazuje procentową liczbę kobiet w każdej z tych grup, które rodziły na przestrzeni od trzydziestego drugiego do końca czterdziestego drugiego tygodnia, przy czym za termin uważa się koniec czterdziestego tygodnia. Należy zwrócić uwagę, iż nic nie wskazuje na to, żeby kontynuowanie regularnych ćwiczeń w czasie ciąży zwiększało występowanie porodu o tyle prędzej, aby spowodował on problemy związane z wcześniactwem dziecka (poród przed trzydziestym siódmym tygodniem ciąży).
Natomiast poród po trzydziestym siódmym tygodniu ciąży to już zupełnie inna historia. W każdym z kolejnych trzech tygodni na grupę kobiet kontynuujących ćwiczenia przypadało o wiele więcej porodów. W rezultacie liczba kobiet, które urodziły przed wyznaczonym terminem, była dużo większa (72%) niż w grupie kontrolnej (48%). Grupa kontrolna nie nadążała za grupą kobiet ćwiczących aż do drugiego tygodnia po wyznaczonej dacie porodu, pokazując tym samym, że czas rozwiązania w terminie był przesunięty w lewo (wcześniej) dla całej grupy ćwiczącej. Oznacza to, że kobieta, która ćwiczyła regularnie i długotrwale aż do wyznaczonego terminu porodu, zazwyczaj rodziła na pięć do siedmiu dni wcześniej niż kobieta aktywna fizycznie, ale niećwicząca regularnie. Cóż za zachęta do ćwiczeń! (...)
Na koniec nadmienię, iż termin porodu w grupie kobiet, która przestała ćwiczyć w środkowej fazie ciąży, nie różnił się od terminu w grupie kontrolnej. Tak więc termin rozwiązania nie ulegnie zmianie, jeśli ćwiczysz intensywnie na początku i w środkowej fazie ciąży, a następnie przestaniesz.
Aby być pewną, że osiągniesz korzyści urodzenia dziecka na pięć do siedmiu dni wcześniej, niż gdybyś nie ćwiczyła, musisz kontynuować treningi do samego terminu rozwiązania. Ilość potrzebnych do tego ćwiczeń to nie więcej niż zachowanie podstawowego poziomu aktywności (trzy lub więcej dwudziestominutowych sesji w tygodniu, na poziomie umiarkowanego bądź dużego wysiłku). Zredukowanie treningów do ilości poniżej tego pułapu najzwyczajniej nic nie zdziała".

Jeśli więc nie chcesz ryzykować, że już sam początek porodu będzie niefizjologiczny, że dziecko nie wyjdzie samo, ale będzie "wypłoszone" z macicy, to musisz ćwiczyć regularnie całą ciążę.

czwartek, 25 lipca 2019

(156) Zaświadczenia lekarskie dla ćwiczących ciężarnych



Niedawno w pewnym fachowym gronie rozgorzała dyskusja na temat tego czy żądać od kobiet ćwiczących w ciąży zaświadczeń od lekarza, pozwalających na aktywność fizyczną czy nie. Nasze Stowarzyszenie stoi na stanowisku, że nie, nie, i jeszcze raz nie. Dlaczego? Z wielu powodów:

1) naszym zdaniem jest to szalenie protekcjonalne, jest to przedmiotowe traktowanie kobiet.
Słuchaj "dziecko", nie będę z tobą rozmawiać, daj usprawiedliwienie od "rodzica".
A co jeśli naszą klientką jest np. mama ginekolog, położna, wieloletnia joginka, doświadczona instruktorka fitness, mama trójki dzieci, która w każdej ciąży ćwiczyła, doktorantka AWF pisząca pracę o aktywności w ciąży, itd. itp. Robi się śmiesznie, prawda?

2) jeśli już zaczęłybyśmy żądać takich zaświadczeń, to musiałybyśmy to robić przed każdymi ćwiczeniami. No bo skoro uznajemy, że kobiety nie są w stanie ocenić swojej zdolności do ćwiczeń, swojego samopoczucia, to musimy być konsekwentne. Dlaczego brać zaświadczenie raz na miesiąc, jak ktoś zaproponował? Bierzmy trzy razy w tygodniu!

3) zdaje się, że to jednak kobieta najlepiej zna swoje ciało, jest z sobą na co dzień i jest w stanie na bieżąco ocenić swoje możliwości. Jeśli np. kobieta ma zaświadczenie od lekarza o dopuszczeniu do ćwiczeń z poniedziałku, ale w środę dostaje gorączki/ boli ją głowa/ plami/ czuje się osłabiona, podejrzewa skurcze, itd. (niepotrzebne skreślić), to zdaje się, że w takiej sytuacji bieżąca racjonalna ocena kobiety jest wiążąca, a nie zaświadczenie od ginekologa.

4) zaświadczenie od ginekologa tak naprawdę niewiele nam mówi, bo przyszła mama może takie zaświadczenie od lekarza otrzymać, ale nie wspomni ani jej/jemu, ani nam, że oprócz ciąży np. ma jakieś przewlekłe schorzenie. Może być też całkiem zdrowa, ale nie powie nam, że zanim przyszła do nas na taniec o 16.00, to o 7.00 przebiegła 10 km, a potem jeszcze zaliczyła basen i 2 godziny aerobiku, co zmienia nieco sytuację. Zamiast żądać zaświadczeń, trzeba mieć trochę zaufania do ludzi, a gdzieś z tyłu głowy mieć świadomość tego, że jeśli ktoś nie będzie chciał być z nami szczery i/lub będzie działał autodestrukcyjnie, to i tak nie mamy na to wpływu.

5) w naszej polskiej rzeczywistości mogłoby się zdarzyć, że mimo książkowej ciąży ginekolog nie wypisałby takiego zaświadczenia. Dlaczego? To już trzeba pytać takich lekarzy. Wyobrażam sobie, że z braku czasu, niechęci do dodatkowej papierologii, małej wiedzy o aktywności fizycznej, strachu przed braniem odpowiedzialności, osobistej niechęci do ruchu, czy zwykłej nieżyczliwości. I kobieta miałaby być pozbawiona leczniczego ruchu z powodu takich "niemerytorycznych" przesłanek? Zresztą, gdybym była lekarzem, to też bym chyba nie podpisała takiej zgody, zgodnie z punktami 3 i 4. To kobieta musi w danej chwili zdecydować czy może ćwiczyć czy raczej powinna odpocząć/udać się na izbę przyjęć niezależnie od posiadanego zezwolenia. No i lekarz nie ma wiedzy/wpływu na kontekst - może przyszła mama chce z zaświadczeniem wybrać się na wyścig rowerowy, choć na rowerze jeździła 10 lat temu albo na zwykłe ćwiczenia, ale głodzi się z powodu zaburzeń odżywiania. To przerysowane przykłady, ale wiadomo o co chodzi.

6) nie zapraszamy przyszłych mam na obóz kondycyjny, tylko na godzinne zajęcia dla ciężarnych. Gdybyśmy organizowały jednak obozy kondycyjne dla kobiet w ciąży (żart), to wtedy tak, rzeczywiście opinia lekarza, wyniki badań, itp. by się przydały.

7) żądanie zaświadczeń o zdolności do ćwiczeń ciążowych, sugeruje, że ćwiczenia są jakąś aktywnością wysokiego ryzyka. No właśnie nie są. Wieczne siedzenie jest aktywnością wysokiego ryzyka.